W naczyniu człowieczym nic

Była sobie rzeka zwana Rzeką i nie było żadnej innej rzeki, jak tylko Rzeka. Dzieliła ona świat na dwie strony: Tą i Tamtą.

Na Rzece pływał prom. Nie żaden Prom, lecz taki zwykły-zwyczajny, do innych promów podobny, ale solidny, na grubej warstwie pustych beczek, z drewna bożego, osmolony, poklejony, połatany – owoc trudów wielu pokoleń, które na promie żyły i umierały.

Owego dnia Chiliasz i Shizma jak zawsze kłócili się o to, co zawsze – o to, kto ma rację.

– Tyś prostoduszniak, Chiliaszu, ty za mały masz rozum, żeby to rozumem objąć, za mało też masz wiary, aby to wziąć na wiarę.

Chiliasz milczał. Odpychał się piętami, bujał na bujanym krześle, pociągał z flaszeczki, palił i puszczał kółka z dymu, a resztę miał gdzieś.

– Się jeszcze nielicho zdziwisz, ciemięgo ty, mamejo. Zobaczysz, zobaczysz, koniec jest bliski. Niebo runie na ziemię, ziemia się zapadnie, słońce eksploduje, a potem Rzeka wystąpi z brzegów i zatopi ten grajdół.

Starucha kucała przy palenisku, wrzucała w płomień wieszcze ziółka, kreśliła ręką święte znaki i klęła w żywy kamień, bo bardzo ją mierził widok bezbogiego męża.

– Takaś mądra, torbo jedna? – zapytał Chiliasz. – To skąd weźmiesz tyle wody? No gadaj, może spadnie z nieba? Nawet bogowie nie potrafią wyczarować deszczu, a co dopiero twój jęzor.

Shizma zbyt mocno wierzyła we własne słowa, aby przejmować się kpinami Chiliasza. Wstała od ognia i chwyciła wiadro z resztkami, aby złożyć Rzece ofiarę z obierek, skorup jajek rzecznego ptactwa, szczurzych skórek i innych jadalnych śmieci.

– Nie waż sobie lekce woli bogów, Chliaszu. My przetrwamy. Będziemy musieli zaludnić świat od nowa. Masz na to siły zramolały opoju? Tylko się bujasz, palisz i pijesz jak nie-człowiek, to na ciebie ma liczyć ludzkość w dniu próby?

Starzec oderwał szyjkę flaszki od ust i na przekór słów żony zajął się wygrzebywaniem robactwa spomiędzy zębów.

– Ja na ludzkość nie liczę i niech mnie ona w dupę pocałuje. Chcę tylko spokojnie odwalić kitę. Czy ty tego nie widzisz, Shizma? Człowiek nie powinien żyć tak długo. Ach… szkoda psuć gębę gadaniem, czas płynąć…

– A poczekajmy jeszcze.

– Noc idzie, jesteśmy przy Tamtym brzegu. Jeśli coś ma przyjść z Tamtej strony to pewniej jakieś licho, żaden zarobek.

***

Zdziwił się Chiliasz nielicho, gdy zaszeleściły trzciny i na tle zachodzącego słońca wykwitła sylwetka jakiegoś człowieka. A nie był to człowiek pierwszy z brzegu. Wysoki ponad miarę, a chudy jak śmierć na chorągwi. Z pióropuszem kolorowych loków, młodymi oczami, pomarszczoną skórą. O stroju zaś jego powiedzieć można tyle tylko, że nosił porządne, skórzane sandały.

– Młokos, to ty? – krzyknęła Shizma – o, bogowie, błogosławione drogi, które cię tu przywiodły, ładuj się na prom!

Gdy młodzianek stanął na pokładzie i zrzucił z siebie wielki plecak, Chiliasz zerwał się na krzywe nogi, otworzył usta i wypluł jednym tchem:

– Święty boże, świat zwariował, tyś wrócił! Jak było, widziałeś wężosmoki, smokowęże, opowiadajże! Wykonałeś misję, znalazłeś małego grubego boga, statuę wszechuzdrowienia, gadaj, cholera jasna, ależ mnie ciekawość żre, dawaj, siadaj, napijmy się, zjedz coś, masz czym opłacić przeprawę, co w plecaku, toto, to on?

Młokos bez słowa odwiązał rzemienie plecaka i odsłonił zawartość. A potem bez „me”, bez „be” siadł przed paleniskiem, przyjął od Shizmy suchy kawałek chleba, ugryzł, pożuł i zapłakał.

Chiliasz stał na stronie, poza dramatem. Gapił się i rzucał pytania w nadchodzący mrok.

– Czy to jakiś sarkofag? Bo chyba nie statua? Figura, posąg, obelisk, czy czort to zwał?

Zwać trzeba zgodnie z prawdą. Wysoki na pół człowieka obły kształt na kwadratowej podstawie. Nie z kamienia, ale zimny w dotyku, błyszczący. Opasany rzędami drobnych wypustek. Z czterema płetwami jak u ryby.

– Sam nie wiem, panie Chiliaszu – zawył chłopczyna – to nie miało tak wyglądać!

Chiliasz i Shizma potakiwali ze zrozumieniem. Dobrze jeszcze pamiętali, jak ledwie kilka dni temu przeprawili Młokosa na Tamtą stronę. Opowiadał wówczas, że wypełnia zbożną misję. Został bowiem posłany ze swojej wioski, aby przynieść mityczny posąg o leczniczych właściwościach, który uzdrowi lud dręczony zarazą.

– A przecież szedłem krok po kroku według wyśnionej mapy wieszczbiarza. Odnalazłem Zasypane Miasto, dotarłem do Świątyni Światła, tam odkryłem Komnaty Boskiej Reakcji i grób Wielkiego Silosa. A w nim – wskazał ręką na obły kształt – tylko to.

Shizma obeszła statuę, obmacała wzrokiem, obniuchała, zmierzyła wszystkimi zmysłami i rzekła:

– To może być wszystko.

Chiliasz pierwszy raz tego wieczoru zgodził się z małżonką, bo sam nie miał nic lepszego ani do wymyślenia, ani do powiedzenia. Chwycił więc za drąg i odepchnął prom od brzegu.

– Albo też nic – ciągnęła staruszka. – Albo ten mały gruby bóg, albo zły demon, pokutny duch, licho bóg wie jakie. Na pewno coś nieludzkiego, wyczuwam bowiem silne mityczne fluidy.

Wspólnie uzgodnili, że lepiej sprawdzić zawartość sarkofagu tutaj, teraz-zaraz, niż przed całą wioską, przed obliczem królewskim w dniu najwyższej próby. Shizma zaczęła rytuał od szamańskich tańców, pobożnego opluwania, obrzucania prasłowami, ale zbita z tropu rechotem Chiliasza i brakiem efektów, sięgnęła po mocniejsze środki. Najpierw oblała statuę nalewką z butelki męża, potem wyjęła spod szaty amulet zrobiony z łoju, gnoju i korzenia powoju, a potem zaczęła obrzucać niepoznaną jeszcze zawartość statuy stekiem najgorszych wyzwisk.

– Próżny trud, wiedźmo – wtrącił Chiliasz – trzeba wykurzyć szelmę sposobem, nic na siłę. Według mnie to on śpi sobie snem wiekuistym. Bierz Młokosie młot, jest za skórzanym kufrem. Nie ma co się pieścić, żadne tam czary-mary, ugi-bugi, tylko twarde argumenty. Gotowy, to wal! Wal, młodzianku, ile pary w rękach.

Tak też zrobił. Posypały się iskry, zajęczała obijana blacha, ale nikt nie przemówił z wnętrza statuy.

– Próba ognia – zawyrokował Chiliasz zmęczony już samym patrzeniem. – Cholera zaśpiewa, jak tylko siądzie na palenisku. Dalej, chłopcze, raz się żyje!

Postawili statuę między tlące się szczapy, dołożyli suchych gałęzi i czekali. Płomienie rosły, a żar buchał. Chwile przeciągały się w nieskończoność. Już stracili wiarę, już przestali myśleć, że coś ich zaskoczy, a tu takie szczęście.

Takie szczęście być na pierwszej linii zdarzeń. Z pierwszego rzędu móc oglądać wielki błysk przed końcem świata.

Jak do tego doszło – do dziś nie wie nikt. Jedno jest tylko pewne – Rzeka wystąpiła z brzegów i zalała boży świat topiąc do szczętu cały rodzaj ludzki, tak że nie było komu tego czytać i nie było komu tego pisać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.