Podpora nieba

Głupiec. Nazwał siebie głupcem już po raz setny, nie było bowiem większego głupstwa nad spóźnienie na karne lekcje z bratem Ozjaszem. Nie biegł, aby się nie spocić i nie wyglądać jak ktoś, kto biegł, a więc nie potrafi dobrze rozplanować sobie czasu i zdążyć na czas, co zdaniem brata Ozjasza zasługuje na karę cielesną przynajmniej numer pięć.

O tej porze na Targu Modlitw kłębił się tłum kupców, klientów, przechodniów, oszustów, strażników, mnichów i kapłanów. Za kramem z odpromiennikami spocona ludzka rzeka wyrzuciła chłopaka w zaułek cuchnący starymi rybami. Usiadł w cieniu, aby rozmasować siniaki i zaczerpnąć tchu. I aby trochę dać się pomęczyć wyrzutom sumienia.

Musi powiedzieć sobie jasno – w szkole daje ciała. Wystarczy spojrzeć na przedramiona poznaczone bliznami od rózgi. A tak bardzo pragnie być dobry w nauce, nie jest przecież leniwy. Tylko jakoś to wszystko nie chce mu wchodzić do głowy. Siedział tam i pytał samego siebie, dlaczego litościwy, dobrotliwy bóg poskąpił mu rozumu.

Marzył, żeby poprawić się z rytów i obrzędów, zaliczyć pisma objawione, podnieść oceny ze świętych mów, psalmów, mantr, wersetów i zdać w końcu katechizmy. A jeśli nauczy się lepiej intonować święte imiona boga, to może kiedyś, jeśli kasta pozwoli, zostanie celebrantem albo nawet głównym obmywaczem ołtarza?

Wyciągnął nogi przed siebie, podrapał się po pustym brzuchu i bliznach. Wzniósł głowę w górę, aby pochwycić wzrokiem promyczek słońca, który wpadał do zaułka. A może i na jego czarne myśli spłynie trochę światła? Odrobina ciepła, kapka nadziei. Świadomość, że kiedyś będzie lepiej albo chociaż nie gorzej. Hmm, marzenia działają kojąco. A gdyby tak odkryć nowe imię boga? Stać się szanowanym i docenianym, już nikt by go nie bił, nosiliby go na rękach. Mity mówią ponoć, że kto posiądzie prawdziwe imię boga, może nawet boga zmusić do posłuszeństwa.

To też niebezpieczne. A co, jeśli odkryłby tajemne imię boga? Nie takie prawdziwe czy zwyczajne albo odświętne, wojenne, ale tajemne, zakazane. Wtedy ponoć zginąłby z przerażenia, jak słynny Gaut Zar Nuba albo Berlic Nemere – słupnik z płaskowyżu.

***

Po raz setny i pierwszy nazwał siebie głupcem. Przecież im bardziej się spóźni, tym więcej dostanie cięgów. Brat Ozjasz znów wytłucze go po dłoniach, wyszydzi wielkość głowy, a koledzy wyśmieją i nazwą Pustym Garem.

Naraz przypomniał sobie scenę z poranka. Gdy czekał na wymierzenie kary, dłonie miał już tak spocone, że po smagnięciu rózgą krople potu strzeliły nauczycielowi w twarz. Wtedy chłodnym, katowskim głosem nauczyciel skazał go na karne lekcje z bratem Ozjaszem.

Wstał i poprawił togę. Wiedział, że musi się przedrzeć przez tłum, musi walczyć z własnym strachem. Jest trzecim synem, nie ma dla niego drogi innej niż kapłańska. Jeśli wyrzucą go ze szkoły, rodzice nie będą mieli co z nim począć. Stanie się dla nich utrapieniem, darmozjadem. Będą zmuszeni sprzedać go na ofiarę. A on bardzo nie chce spłonąć żywcem. Chce dożyć później starości pośród ksiąg i zwojów.

Już miał zamiar ruszać, gdy usłyszał, że ktoś go woła. Rozglądnął się, w zaułku był tylko staruszek drzemiący w kącie; po szatach znać, że jeden z tych, którzy za drobną opłatą biorą na siebie cudze grzechy, aby je potem utopić w winie podczas rytualnego pijaństwa. I koza, stojąca w przejściu po lewej.

– Psst. Chłopcze, tutaj, po lewej. Mówię do ciebie, chłopcze!

Koza? Przyjrzał się chwilę. Czy to kozłoczłek? A może kozoczłek? Koza czy kozioł; musi pamiętać, żeby sprawdzić w Księdze Wszystkiej Wiedzy.

Kiedyś ponoć ludzie i zwierzęta mówili wspólnym językiem. Tak głosiły legendy. Bogiem a prawdą, był już spóźniony, skazany na rózgi, ale co tam te kilka razów więcej, skoro ma niespotykaną szansę porozmawiać z gadającą kozą.

– Wreszcie cię odnalazłam. Czy wiesz, że posiadasz wyjątkową aurę? Musisz ocalić świat. Pójdź za mną.

– Nie mogę. Muszę iść na lekcje z bratem Ozjaszem.

– Chłopcze, zostaniesz herosem, brat Ozjasz będzie rózgą uczył hymnów na twoją cześć. Czy ty w ogóle masz wyobraźnię?

Co do wyobraźni nie był pewien. Na pewno miał pamięć, a w niej wiele mitów o chłopcach, którzy z dnia na dzień, dzięki szczęściu, boskiemu zrządzeniu, podążając za zewem przygody sięgają po najwyższe laury, stają się herosami.

Koza podeszła bliżej.

– Posłuchaj mnie uważnie. Podgniła podpora nieba, taki wielki drewniany pal, rozumiesz? Który podtrzymuje niebo. Potrzeba dotyku prawdziwego głupca, aby odwrócić proces gnicia. Słyszałam, jak sto razy i jeden nazwałeś siebie głupcem.

Zabrakło mu języka w gębie. Naraz przypomniał sobie wszystkie lekcje z hymnów, psalmów i adoracji.

– Kim ty jesteś? – wykrztusił.

Westchnęła.

– Jestem bożyszczem, upadłym bogiem, skazanym na pomieszkiwanie w zwierzęcych wcieleniach. Nazywam się Wszystko Jedno, ale mów do mnie Pani. Zadowolony? To teraz wybieraj.

No właśnie. Brat Ozjasz czy przygoda?

***

A co z rodzicami? Co z rodzeństwem, ze szkołą? Nie może tak po prostu zniknąć bez słowa wyjaśnienia, bez krótkiego choćby pożegnania. Tylko kto mu uwierzy w gadającą kozę i fatalny stan podpory nieba?

– Chłopcze, jesteś wybrańcem. Ostatnią nadzieją ludzkości. Masz w sobie niewyobrażalny potencjał, ukryte moce…

A kto uwierzy w to?

– Tylko odwagi ci trzeba. I wiary!

Gdy już myślał, że nigdy nie zdoła podjąć decyzji, los zesłał podpowiedź. Wśród tłumu na Targu Modlitw dojrzał kilka znajomych twarzy. W tym samym czasie znajome twarze dostrzegły jego.

Trzech chłopaków ze szkoły kapłańskiej. Złośliwe uśmiechy, zmarszczone brwi i nosy, przymrużone oczy – takie maski zakłada się na wojnę lub polowanie. Ruszyli w jego stronę.

Nagle przypomniał sobie scenę z wczorajszego dnia, gdy tylko cudem zdołał im umknąć po zajęciach z lamentacji. Tym razem czuł, że nie da rady. Na nogach z waty daleko nie ucieknie. Poza tym i tak nie było dokąd.

– Przykro mi, ale może innym razem – rzucił do kozy i powiódł wzrokiem po ścianach zaułka – teraz muszę jakoś się stąd ulotnić.

Koza jakby tylko na to czekała. Odwróciła się do chłopca zadem, a z jej grzbietu wystrzeliły nagle dwa wielkie, białe skrzydła.

– Szybko, wskakuj!

Wzbili się ponad miasto, ponad mury i okoliczne wioski. Chłopak jeszcze nigdy nie oddalił się tak daleko od swojego domu. Wszystko, co wiedział o otaczającym świecie, pochodziło ze starych książek.

Nagle zniżyli lot. Skrzydła zatrzepotały. Przed kozą wyrosło wzgórze pokutne obsypane słupami totemicznymi. Wylądowali twardo, prosto w skupisko figurek wotywnych. Zaraz musieli uciekać przed rozwścieczoną babuleńką, która strzegła tego miejsca kultu. Biegła za nimi, jazgotała i z kościstego palca puszczała niecelne zaklęcia, klątwy i pioruny.

Oj, nie zaczęło się najlepiej.

***

Zbiegli w dolinę prowadzącą między skalne zęby, piętrzące się nieopodal.

– Jak to się dzieje, że zwierzęta potrafią mówić? Mają ludzkie struny głosowe? Ludzką krtań, głośnię?

Koza nie odpowiedziała.

– Czytałem o tym u Witolfa Spaniałego w księdze…

– Chłopcze, czy nie możemy iść w milczeniu?

– Przez całą przygodę? To skąd kronikarze będą wiedzieli, o czym mówiliśmy?

Koza prychnęła i przyspieszyła.

– To mogą czy nie mogą?

Droga stawała się coraz bardziej wyboista, musieli zwolnić, omijać korzenie dawno wyciętych drzew.

– Mogą…

– To dlaczego nie mówią?

Koza westchnęła, przystając nad kępką suchej trawy. Zaczęła ją skubać – chłopak skorzystał z okazji i usiadł, aby rozmasować kolana – a potem, przeżuwając, odpowiedziała.

– Zwierzęta nie chcą, żeby ludzie zagonili ich do dodatkowej pracy. Wtedy nie tylko jeździliby na koniu, zaprzęgali go do wozu i pługa, ale też wysyłaliby na zakupy, kazali opiekować się dziećmi i wszystkim, na co tylko pozwoli ludzka wyobraźnia.

– Czy to nie byłby ratunek dla tysięcy świń, kurczaków, krów i owiec?

Przestała skubać i podeszła blisko.

– Ludzie, gdy muszą, zjedzą nawet drugiego człowieka. Który nie tylko gada, ale jeszcze wrzeszczy i prosi, żeby losowali raz jeszcze. Tak, tak, ludzie to najwięksi drapieżnicy. O, popatrz na swoje ręce, dotknij zębów.

Spojrzał na dłonie. Chude, małe, każda z czterema palcami, co ma być jego powodem do chluby. Przecież wstąpił do szkoły kapłańskiej. Tylko ludzie ułomni cieleśnie mili są bogu i mogą służyć. Dlatego rytualnie obcięto mu małe palce podczas ceremonii „Do-pasowania”. Tamten dzień liczy się jako początek jego życia.

– Idziemy, chłopcze. To już niedaleko.

Dalej szli w milczeniu. Miał czas, żeby przyglądać się życiu, które rozkwitało wokół, rosło, szumiało dywanem traw, napełniało powietrze muzyką owadów, mieniło się kolorami. Samo patrzenie na takie bogactwo wzbudzało zachwyt. Ukwiecone krzewy, skały w kolorze surowej ryby, migoczące pyłki i zapach życia opiekanego bezlitosnym słońcem.

Miał ochotę położyć się na trawę i patrzeć w niebo. Nie w słońce, ignorować je, chłonąć kojący błękit bezchmurnego nieba. Czuć na sobie mrówki, biedronki, które mozolnie pokonują ludzką przeszkodę. Słuchać tych wszystkich dźwięków pośród ciszy.

– Mógłbyś się łaskawie obudzić?

Wraz z tymi słowami dotarło do niego, że stoi pośród traw i innych roślin, których nazw nawet nie znał. Odwrócił się i ruszył z powrotem do kozy.

– Masz świadomość, że o włos minąłeś roślinę, której dotyk by cię zabił?

Bez słowa wrócił na ścieżkę i zaczęli wspinać się po zboczu, porzucając dolinę. Szybko wyrosły wokół nich pojedyncze głazy, a potem skalne ściany. Po krótkim kluczeniu trafili do wnęki, gdzie płonęło ognisko, nad nim wisiał kociołek, obok stał namiot, oparty o niego długi sękaty kostur, a między skałami wisiał sznurek z praniem.

Z cienia wyszedł starzec.

– To on, to na pewno on? – zapytał. – Nie pomyliłaś się?

Koza wystawiła język, zatrzepała uszami i splunęła.

– Za kogo ty mnie masz, staruchu. Jestem magiczna. Potrafię mówić, latać, pływać i wykrywać w ludziach dary. Oto dzieciak, którego szukasz.

Starzec podszedł i przyjrzał się chłopcu. Sam nie wyglądał najlepiej. Jak jakiś mistyk, anachoreta, wychudzony do krańca, wynędzniały, ruina człowieka, z ruiną habitu na skórze.

– Pan też chce ratować podporę nieba?

Pustelnik prychnął i się nachylił.

– Chłopcze, nie ma żadnej podpory nieba. Niebo to gęsta atmosferyczna powłoka świata. Jest lekka, nie trzeba jej podpierać.

– Ale przecież mistrz Witolf Spaniały naucza…

Starzec szepnął mu do ucha:

– Mistrz Witolf już nie naucza, bo przed rokiem starłem go w proch i wdeptałem w ziemię podczas debaty u Króla Królów, podobnie jak półgłówków: Pseudo-Kadżambosa i Szachramaja z Nikąd. A ty jak się nazywasz, chłopcze?

– Sogbo.

Tak właśnie się nazywał, choć wszyscy, nawet rodzice mówili na niego Bili. Swoje prawdziwe imię widział tylko raz, na odpisie z księgi świątynnej, wśród papierów taty, który, gdy to zauważył, bardzo się zezłościł. Później chłopak nie miał już odwagi zapytać. Ale w myślach nazywał siebie Sogbo. Sam też nie wiedział, dlaczego w tej chwili to właśnie imię przyszło mu na usta.

– Hm… Gdzieś już słyszałem… nieważne. Ja nazywam się Bamohet. Jestem mędrcem i podróżnikiem. Jak widzisz trochę już sobie pożyłem, nadchodzi kres mojego ziemskiego bytowania, ale nie kres istnienia, rozumiesz? Oczywiście, jeszcze niczego nie rozumiesz.

Podszedł do garnka nad ogniem i zamieszał chochlą. Kilka baniek pękło na powierzchni breji i kropelki opryskały mu twarz.

– Mam jeszcze wiele do odkrycia. Moje życie służy całej ludzkości. Jestem jej narodowym dobrem. Muszę trwać trochę dłużej niż jeden żywot. Dla dobra ludzi, rozumiesz? Swoją drogą nie wierzę w żadne zaświaty, dokąd więc miałbym się udać?

Zniknął w namiocie, ale po chwili wrócił z tobołkiem.

– Wynalazłem sposób, jak przedłużyć świadomą jaźń. Przeniosę swoją do twojego ciała, będziemy je razem dzielić. Podobnie jak wspomnienia, podobnie jak wiedzę! Zdajesz sobie z tego sprawę? W jednej chwili posiądziesz ogrom, na którego zdobycie strawiłem cały żywot! Bez garbienia się nad księgami, bez stania w kolejce do biblioteki, bez bólu tyłka, bez ołowianych powiek!

Chłopak próbował to sobie wszystko jakoś ułożyć. Gdyby starzec mógł raz jeszcze powtórzyć… Bał się jednak poprosić. W końcu wybąkał tylko:

– Ale dlaczego ja?

Bamohet wyjmował z tobołka jakieś kubki, łupiny, woreczki. Nie podniósł głowy.

– Ta koza twierdzi, a jestem skłonny jej uwierzyć, że masz wyjątkowy mózg. Masywny, o odpowiednim pofałdowaniu, z dużą ilością połączeń. Taki może pomieścić nasze dwie świadomości. Z twoim ciałem i moją wiedzą zdobędziemy świat, dzieciaku.

Chłopiec otworzył szeroko oczy. Zawsze uważał siebie, jeśli nie za skończonego głupca, to na pewno za przeciętniaka. Nigdy nie zdawał sobie sprawy z zalet własnego mózgu. Musi teraz udowodnić, że słowa starca nie tylko są miodem na usta, że naprawdę ma poukładane w głowie. Musi zadać jakieś mądre pytanie.

– A jeśli na przykład zachce mi się siku, a panu nie…

Starzec uśmiechnął się, grzebiąc w tobołku.

– Nie martw się, chłopcze, znajdziemy ci jakiś przytulny pokoik w domu zwanym świadomością. Nie będziesz zaprzątał sobie głowy sikaniem.

Koza prychnęła i odeszła pod skały, gdzie na słońcu rosły kępki trawy. Starzec kończył przegląd sprzętów.

– Zapytałbym, czy się zgodzisz, ale wtedy mógłbyś się nie zgodzić, a ja jestem gotów użyć siły, abyś się zgodził. Dlatego uznajmy, że się zgadzasz.

Kiwnął głową, bo co miał zrobić? Co miał powiedzieć? Już nigdy więcej lekcji z bratem Ozjaszem, żadnych rózeg, drwin rówieśników. Koniec ślęczenia nad psalmami, mantrami, wersetami, mowami świętymi, pismami objawionymi, rytami i obrzędami, i katechizmami. Będzie to miał wszystko w małym palcu. A może wspólnymi siłami odkryją nowe imię boga?

Starzec kazał mu nachylić się nad ogniskiem, z którego wcześniej zdjął kociołek do ostygnięcia, a w płomienie wrzucił jakieś zioła i proszki. Potem dał chłopakowi bukłak z cierpkim, gęstym płynem.

– To napój oszałamiający, aby przełamać obronę mózgu. Daj sobie kilka minut. Tylko się nie bój, bo strach osłabia działanie napoju.

Zaczęło się szybciej.

***

Najpierw włożył mu na głowę rytualną maskę z otworami na oczy i usta, a potem wyciągnął z ogniska płonący kij i wbił w ziemię obok kozy.

– Mogłabyś tak łaskawie nie jeść teraz? Ja nie jadłem od tygodnia, żeby się przygotować!

Sam rozebrał się do bielizny, podszedł do kociołka i czerpiąc garściami wtarł w siebie parującą maź, zamaszyście, w każdy zakamarek ciała.

– Dzięki temu nie poczuję bólu i będę mógł kontynuować rytuał. Ta niepozorna zupa grzybowa stworzy antyogniową zbroję generowaną moją siłą żywotną. Nie śmiej się! – krzyknął do kozy. – To sprawa życia i śmierci!

Stanął w rozkroku.

– Gotowy? No to jazda!

Zaczął intonować mantrę, potem liczyć coś na głos, operował olbrzymimi liczbami, skakał w karkołomne obliczenia, bawił się aksjomatami, żonglował formami. Dodał do tego ruchy dłoni, czynił jakieś skomplikowane znaki. Zaczął rymować, a potem śpiewać. Uciskać ciało fachowym ruchem. Podszedł, był już coraz bliżej.

– Potrzeba odrobinę mojo! Bożej mocy! A tyle powstanie po śmierci kogoś takiego jak ja!

Dłonie starca spadły na nadgarstki chłopaka jak kajdany. W oczach podniecenie, na pomarszczonej twarzy uśmiech.

– Kiedyś, chłopcze, wieszczka Zuzulla przepowiedziała mi, że zginę tylko z rąk boga. Mam zamiar pomóc tej przepowiedni się spełnić. Podpalać!

Koza chwyciła zębami za kij i podeszła. Ogień objął ciało momentalnie. Rozległ się śmiech. Mimo dygotu starzec trzymał mocno. Płomienie zaraz przeszły na jego dłonie, parzyły chłopaka w skórę. Ten szarpał, ciągnął z całej siły, cały się spocił ze strachu i wysiłku. Już chciał płakać, już chciał krzyczeć.

– Nie walcz, Sogbo, poczuj tę moc!

Nagle oczy starca otwarły się szeroko. Twarz wykrzywił przerażający grymas. Ucisk dłoni zelżał.

– O boże! Co jest? Ja gorę! Ja goorę!!!

Chłopak wyrwał się z uścisku i upadł na tyłek. Starzec skakał, wrzeszczał, trzepał rękami po sobie, fikał koziołki, tarzał się w piachu, próbując ugasić płomienie. W końcu zastygł zwinięty w kłębek.

– Pomocy, ratujcie, spróbujemy ponownie, coś poszło nie tak, szybko, jak to boli, bogowie litościwi, jak to strasznie boli, czy to śmierć? Czy ja umieram? Ale ja nie mogę umrzeć… ja po prostu… przecież przepowiednia… to już? Witam, czekałem… ależ pani piękna…

Tak brzmiały ostatnie słowa starca Bamoheta, mędrca i podróżnika. Trup zastygł, a ogień zmienił się w gęsty, śmierdzący dym.

Koza stała jak wryta. Co chwilę przenosiła wzrok to na ciało spalone, to na ciało ocalone. Chłopak wyprostował się. Patrzył na swoje dłonie. Czerwone, pozbawione małych palców, miłe bogu dłonie niedoszłego kapłana.

– Kim ty, do licha, jesteś? – zapytała.

– Najpierw ty.

– Duszkiem służebnym w ciele kozy.

– A ja? Starzec pierwszy raz powiedział moje imię. Zaraz potem wytrzeszczył oczy w przerażeniu, wykrzywił twarz, krzyknął „o boże”, wpadł w szał i umarł. Wychodzi więc na to, kózko, że noszę tajemne imię boga. Mnie nie może ono zabić, ale każdy, kto je wypowie, umiera z przerażenia.

Ściągnął rytualną maskę i odrzucił. Potem podszedł do namiotu.

– Co ty wyprawiasz, dzieciaku?

Chwycił sękaty kostur starca i odwrócił się z uśmiechem.

– Muszę przecież znaleźć podporę nieba. Może nie jest drewnianym palem, ani czymkolwiek widzialnym i materialnym, ale coś przecież musi podpierać niebo, coś musi sprawiać, że świat jest, że nadal istnieje. A patrząc po świecie, sądzę, że ta podpora nie trzyma się najlepiej. To jak, idziesz ze mną, kózko?

Koza ostatni raz skubnęła trawę i splunęła.

– Tylko bez takich, masz do mnie mówić pani.

– Dobrze, proszę pani.

– I działamy na moich warunkach. U Bamoheta miałam dziesięć procent z łupów.

Ruszyli w drogę. Przepowiednia się spełniła, tylko bóg mógł położyć kres żywotowi starca. Bóg o imieniu Sogbo, z którym dzielił imię zwyczajny uczeń szkoły kapłańskiej z miasta Bahaju.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.