Strumyk

Bla-ga

Gadać ja tam nie umiem, ale powiem. Łaziło po wiosce jakie licho, okrutnie na gadzinę żarte. Co tam gdzie beczy, co ryczy po zagrodach, zaro fajt – kipnie i leży. Ludzie niegłupie, kto jak może, się broni. A to amulet po dziadach wykopie z pola, a to soli do paszy podsypie, no i różne takie gusła mądre; wszystko psu na budę. Jak zdychało, tak zdycha.

Gada mnie moja baba: Panucy, bęcfole, cosik rób no! My bidoki, ale nie dziody, uczciwe takie, ja nie zjem, a drugiemu dam, no chyba że nie mam. Jednego mieli my osiełka, a on jak syn, bo ludzkich bóg nie dał. Na nim przywieź, zawieź, a mądry, a fikuśny jak ta małpa. Żal takiego Złemu oddać. Bo gdy on w piach, to my zaro za nim.

Baba mnie gada: ty, Panucy, się dowiedz lepiej, ile ten nasz osiełek jeszcze pociągnie, do znachora idź! A co ja do znachora, jak mnie znachor nad nalewką wyznał, że on taki znachor, jak no właśnie. Do szamana trza. Ale szaman już w bambusowej chołpie siedzi, bo niby licho wodzi, a przecie darmo je, co wieś da. To rzucam przez klatkę garść oskrobinek, a on: do wyroczni, Panucy, idź kołobożej, a nie zapomnij czego dać, bo strasznie na słodkie łasa.

To poszedłem, choć jak żyję, słodkiegom w gębie nie miał, wziąłem wtedy wór pasztanów, osiełka i migusiem w góry do Kołoboża. Jak już zaszedłem, to wchodzę do takiej pieczary wielkiej, a tam na taborku siedzi dziewczyna i nogi moczy w kamienioku. Jak szaman pouczył, tak mówię: wieszcza panienko, poratujcie. I myślę, że ona już tam musi wiedzieć, z czym przychodzę, bo tak patrzy na mnie, jak na muchę, co do miski wpadła. Patrzy więc i bez ceregieli pyta: czego chce? No to ja grzeczniutko.

Bla-ga

Że my osiełka kupili, ho-ho lat temu, pasztany na nim wozimy do miasta na handel, że mądry nieludzko, że zgrabny i kopytkami strzela, fukuśnik, a ta jak nie ryknie, jak nie huknie na mnie, wścieklenica, że ja jej makówkę zawracam, że ona tu królom rady dawała, mędrców pouczała, że ją wielkie herosy o drogę pytały, a ja tu z czym! To mówię, że pokornie zapytuję, kiedy osiełek ducha odda.

A ona, ta wieszczka kołoboża, na udry się śmieje, jak bez serca i mówi że niebawem, a potem do widzenia, pasztany zabieraj i poszedł. Tak mnie to wściekło, tak zakłuło w boku, jakby kozikiem pod paszkę, więc podchodzę, i staję, i zamach biorę, i jak nie kopnę w ten jej baniok, w którym stopy moczy. Garcek na kawały się rozpadł, a woda chlusnęła na ścianę.

Już się mam zabierać, a ona wieszczka, woła mnie, to wracam. Oczy ma jakby na jeża siadła, usta rozdziawia, patrzy na tę ścianę, co wodą zalana, z zacieków wróży i pyta, czy ja bejam do strumyka? To mówię, że bejam, a co? Ojciec bejał, dziadunio bejał, ojciec dziadudnia też bejał i dziadunio dziadunia bejał, a jakże!

Ona do mnie: to nie bejaj. Nie bejaj, a licho zniknie, osiełek pożyje, a teraz idź, biegnij, do swoich wracaj. Wracam więc w dyrdy z Kołoboża, już widzę, że się ludziska zebrali na skraju wioski i czekają.

Nim gębę otworzyłem, oni do mnie z gębą, że szaman powiedział, kto za lichem stoi. Ja to niby z wieszczką mam sprawy i Złe na wioskę ściągam. Zaro ruszyli kupą i tak kijami potrzaskali, że duszę mi z ciała wyrzucili.

Ja, Panie Buszu, do trudów przyzwyczajony, mnie tam do raju nie trzeba, ani z powrotem między te cymboły i cholery ludzkie. Jeśli ino maleńką prośbę mieć mogę, to ja Panucy pokornie upraszam: ześlij tam takiego, co by bejał do strumyka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.